ARTYKUŁY OGŁOSZENIA FIRMY
R E K L A M A
R E K L A M ABS_A1
R E K L A M AWOLNE MIEJSCA B1
R E K L A M A

Rolnik z zawodu, wynalazca i fotograf sławny na całą Polskę

› Aktualności 3 miesiące temu    20.04.2020
Anna Kopras Fijolek
komentarzy 2 ocen 1 / 100%
A A A
 fot. Archiwum prywatne

Paweł Stefan Doerffer był niezwykłym człowiekiem. Wielkim pasjonatem fotografii, filmowania, motoryzacji. Jego wynalazki nie tylko służyły zakładowi zielarskiemu i lokalnej społeczności, ale opisywane były w gazetach. Mieszkańcy małej wioski - może jeden raz w życiu - mogli z dumą oglądać się na "wielkim ekranie".

 

Musiał skończyć studia rolnicze

R E K L A M AGAZETA online SRT1

Urodził się w Wielkiej Łęce 17 kwietnia 1911 r. jako najstarszy z siedmiorga dzieci Stefana Ludwika Doerffera i Haliny z Panieńskich. Jego ojciec, po ukończeniu wyższych studiów rolniczych, administrował od 1903 roku dobrami hrabiego Mielżyńskiego w Wielkiej Łęce, Mchach i Pawłowicach (około 10 tys. hektarów). Jednocześnie objął w dzierżawę Brzóstownię - małe gospodarstwo pod Książem. Pozwalało mu ono dorobić do pensji otrzymywanej od hrabiostwa, która na niewiele wystarczała. Dochód z gospodarstwa pozwolił mu na wykształcenie wszystkich dzieci, a miał ich siedmioro.

Rodzinna tradycja u Doerfferów była taka, że pierwszy potomek męski musi mieć wykształcenie rolnicze. Paweł Doerffer urodził się jako najstarszy z rodzeństwa - i choć jego pasją była technika - kamery, aparaty, motocykle - "posłany" został na wyższe studia rolnicze, do Cieszyna.

Rodzice Pawła Doerffera mieszkali w Brzóstowni. Syn został skierowany do administrowania majątkiem w Wielkiej Łęce. Ledwo zaczął pracować, wybuchła wojna. 20 października 1939 roku wysłał forszpana (stangreta) z bryczką po ojca, żeby ten przyjechał na inspekcję.

 

- Jak zobaczył, że konie wracają, forszpan jedzie sam, domyślił się, co się mogło stać... Dziadka rozstrzelano tego dnia na rynku w Książu razem z 16 patriotami

- opowiada syn Pawła Doerffera, dr inż. Stefan Stanisław Doerffer.

 

Tam się poznali

Kiedy Niemcy weszli do Polski, Paweł Doerffer został skierowany do Gołębina Starego, w powiecie Kościan, by prowadzić gospodarstwo na rzecz utrzymywania III Rzeszy. Niemcy osadzili tam również swego treuhänder’a (swojego zaufanego człowieka), któremu podlegał majątek i pracujący tam ludzie.

- Taki treuhänder został też przysłany przez władze hitlerowskie do mojego drugiego dziadka Stanisława Lewandowicza, który zarządzał majątkiem swojego wuja w Koronowie, pod Bydgoszczą. Babcia właściwie od razu zmarła, jak tylko nastał ten zarządca. Było to w listopadzie 1939 roku. Dziadka, po paru miesiącach, wywieziono do Mauthausen Gusen do Austrii, do kamieniołomów, gdzie wkrótce, w 1940 roku umarł z wycieńczenia. Dzieci zostały osierocone

- opowiada Stefan Doerffer.

- Moja mama i jej starsza siostra miały wtedy naście lat. Od byłej służby domowej dowiedziały się, że mają być wysłane na roboty, do Niemiec. Ci ludzie pomogli im, w nocy, uciec. Dojechały do swojej cioci, do Inowrocławia. Potem, z fałszywymi dokumentami, dojechały do Gołębina Starego. Tam żyła siostra mojej babci. Tam mama przeżyła wojnę i poznała tatę.

 

Ocalił kościół

Chcieli się pobrać, ale prawo niemieckie nie pozwalało im na to. Wzięli ślub, jak tylko przez Gołębin Stary przeszła Armia Czerwona, wyzwalając teren. Był marzec 1945 r. W styczniu 1946 r. na świat przyszedł ich pierwszy syn. Chrzcząc go, rodzice nadali mu imiona Stefan Stanisław, by oddać w ten sposób honor swoim ojcom, którzy zginęli w czasie wojny. Kościół w Gołębinie Starym stoi do dzisiaj dzięki ojcu Stefana Doerffera. Niemcy, uciekając przed nawałnicą Armii Czerwonej, chcieli wysadzić świątynię w powietrze, razem ze magazynowaną tam bronią i amunicją.

- Mój Ojciec, dowiedziawszy się o tym, natychmiast interweniował i obiecując, że w bardzo krótkim czasie opróżni jego zawartość, otrzymał zgodę. Zebrał mężczyzn z całej wsi, szybko wyniesiono na pobliskie pole owe materiały wybuchowe, które Niemcy zdetonowali, po czym uciekli przed Sowietami, tym samym pozostawiając kościół nietkniętym. I w tym kościele zostałem ochrzczony

- opowiada Stefan Doerffer.

 

Trójkołowiec na wypady nad Wartę

Choć z wykształcenia rolnik Paweł Doerffer z zamiłowania, z posiadanych talentów, był inżynierem z ogromnym talentem twórczym. Kiedy tylko wojna się skończyła, kupił z tzw. demobilu wypalony samochód DKW (Dampf Kraft Wagen - złośliwi zazdrośnicy mówili Dykta Klej i Woda) oraz kawałki po innych samochodach i motocyklach porzuconych przez bijące się armie. DKW miał drewnianą karoserię całkowicie wypaloną, ale osadzoną na solidnej ramie metalowej z całym napędem. Pracując ze stelmachem (stolarzem), zrekonstruował karoserię i postawił DKW na "nogi". Wówczas był to jeden z nielicznych prywatnych samochodów w powiecie - najpierw kościańskim, a potem jarocińskim.

 

- Dodatkowo, używając przedniego zawieszenia z Opla, silnika do maszyny rolniczej, przekładni od dużego silnego motocykla wojskowego z przyczepą, Ojciec skonstruował inny niecodzienny pojazd - trójkołowiec. Tenże służył przez lata naszej rodzinie na wypady do lasu na maliny czy kąpiel w rzece Warcie

 

- wspomina Stefan Doerffer.

Motoryzacyjny entuzjazm jego ojca był kontynuacją hobby sprzed wojny. Wówczas za swoje zarobione pieniądze kupił sobie motocykle - najpierw angielskiego „Matchless’a” a potem pięknego niemieckiego „Zundapp’a”.

- To był naprawdę piękny motocykl z silnikiem dwucylindrowym typu bokser i napędem - wałem Kardan’a (a nie łańcuchem)

- opowiada syn pasjonata.

Ponieważ kolejnym hobby ojca była fotografia i kinematografia, motocykle zostały uwiecznione w przeróżnych ujęciach na fotografiach i w filmach.

Zakopał je w ogrodzie

Przed wojną Paweł Doerffer kupił też dwie kamery filmowe 8-mm - najpierw niemiecką "Nizzo", a potem amerykańskiego „Kodak’a”, którymi nagrywał życie rodziny - intensywne, barwne, bogate z otwartym i zawsze pełnym gości domem.

Gdy wybuchła wojna, włożył filmy, kamery, projektor do dużej konwi na mleko i zakopał w ogrodzie.

- Dzięki temu to wszystko ocalało z pożogi wojennej i kolejne generacje Doerfferów mogły zobaczyć przedwojenny świat, żyjących dziadków i wielu innych krewnych. Mój kuzyn Krzysztof Magowski, reżyser TV, nakręcił w 2001r. film "Świat Moich Wujków" oparty na filmach Tatusia, który zdobył szereg nagród i wyróżnień

- opowiada Stefan Doerffer.

Po wojnie fotograficzne hobby "odżyło". Dzięki niemu pierwszy syn od kołyski był obfotografowywany na wszelkie sposoby. Rok po jego narodzeniu Paweł Doerffer został skierowany do Parska, by poprowadzić tamten majątek i nadzorować okoliczne majątki. Rodzice zamieszkali w tamtejszym pałacu. Tam, w 1947 roku, urodziła się pierwsza córka - Grażyna.

Pod rozgwieżdżonym niebem Klęki

W 1948 r. Doerfferowie znów się przenieśli - tym razem do położonej 2 km od Nowego Miasta (nad Wartą) Klęki. Paweł Doerffer objął stanowisko dyrektora technicznego i zastępcy naczelnego, którym został Stanisław Maciołowski. We dwójkę tworzyli nowe "Przemysłowo-Rolne Zakłady Zielarskie Klęka". Powstały: olejarnia, mechaniczna suszarnia do ziół, dział naukowy. Zaczęto uprawiać przeróżne zioła i na polach i pod szklarniami (na przykład aloesy), wytwarzać szereg różnych leków z tych ziół czy tłoczyć olej rycynowy z importowanego rycynusu. Zakład ciągle się rozwijał, budowano nowe obiekty, powiększano asortyment i wielkość produkcji.

 

- Pamiętam doskonale wspólne spacery tzw. "obchody" wieczorne. Tato miał zwyczaj każdego dnia przed pójściem spać obejść cały zakład, zaczynając od suszarni, poprzez olejarnie, działy wytwórcze leków, kotłownie, na strażnikach kończąc. Zakład pracował na trzy zmiany. Czasem "wymuszałem" mój udział w obchodzie, choć pora była późna. Chodząc pod rozgwieżdżonym niebem Klęki, rozmawialiśmy o rożnych sprawach. O działaniu silników spalinowych, samochodach, fotografii, historiach rodzinnych, powiązaniach, genealogii, z którą miałem zawsze kłopoty. Mówił też o swoim ojcu, jego ostatnich chwilach przed egzekucją, tułaczce po najeździe hitlerowców, okropnościach wojny itd.

 

- wspomina dr inż. Stefan Doerffer.

2 + 5 - dla wszystkich było miejsce

W tamtych czasach nie było w sklepach dużego wyboru zabawek, szczególnie tych mechanicznych, napędzanych elektrycznie, zdalnie sterowanych czy to poprzez radio czy komputer.

- Wiele różnych zabawek wymyślał Ojciec i budował je razem ze stelmachem p. Szymkowiakiem wieczorami po pracy. Prezenty pod choinkę na Boże Narodzenie też były nieliczne i raczej skromne. Pamiętam, że kiedyś dostałem książkę z wieloma pomysłami zabawek z drewna, które potem sam wykonywałem. Będąc starszym, dostawałem zestawy modeli latających do składania

- opowiada syn - inżynier.

 

Z podziwem mówi o tym, jak "Tato" realizował z wielkim entuzjazmem swoje talenty twórcze.

- Dla mnie była to wspaniała szkoła, a może i nawet uniwersytet techniczny

- przyznaje.

 

Paweł Doerffer np. ciągle modyfikował DKW, dostosowując go do aktualnej sytuacji rodzinnej. Kolejne dzieci przychodzące na świat musiały mieć zapewnione swoje miejsce w pojeździe. Ostateczna wersja zarejestrowana do ruchu była 2+5. Dwoje rodziców (z przodu auta) i pięcioro dzieci - Stefan, Grażyna oraz Wojciech, Róża i Teresa, którzy urodzili się już w pałacowym mieszkaniu w Klęce.

Od "koniochodu" do radia

Innym pojazdem wymyślonym i zrealizowanym przez Pawła Doerffera był „koniochód”. Pojazd "hybryda" miał karoserię z dużego osobowego przedwojennego mercedesa i wnętrze wyposażone w szereg ławeczek dla dzieci, a na przedzie, w miejscu silnika, było siedzenie i budka dla forszpana "obsługującego" konia ciągnącego ów pojazd. Pojazdem tym dowożono dzieci pracowników z Nowego Miasta do przedszkola w Klęce (do tamtej pory dzieci wożone były otwartą powózką wystawioną na kaprysy pogody.) Pojazd ten budził sensację na drodze i był wiele razy obfotografowany i opisywany w gazetach.

Wymyślał i konstruował również wiele maszyn dla przemysłu zielarskiego. Młodzi ludzie uciekali ze wsi do miast. Brakowało rąk do pracy. Paweł Doerffer zajął się konstruowaniem maszyn, unowocześniających pracę. Zaprojektował i zbudował w warsztacie w Klęce samojezdną zakażarkę do zakażania zboża sporyszem (używanego do produkcji leków), automatyczną zbieraczkę do tegoż sporyszu, zbieraczki do kwiatków rumianku czy nagietka i inne maszyny.

Założył też w Klęce sekcję motorową. W jej ramach prowadził kursy na prawo jazdy. Urządzał zawody sprawnościowe i wycieczki krajoznawcze.

Poza fotografowaniem i filmowaniem była też pasja muzyczna.

- Jako chłopak kupił sobie zestaw radiowy, z kryształkiem. Kłuło się igłą, żeby wyczuć odpowiednią częstotliwość, na której nadawała jakaś stacja. Bardzo lubił też muzykę - miał patefon i mnóstwo płyt

- wspomina Stefan Doerffer.

Stali się bohaterami ekranu

Paweł Doerffer, pracując w zakładach zielarskich, kupił 16-mm kamerę, którą uwieczniał wydarzenia ważne dla Klęki i zakładu. Wyświetlał je w kinie, w Klęce.

 

- Mama była kierownikiem tego kina. Pamiętam, jak ludzie przychodzili, siadali w sali balowej w pałacu... I jak cieszyło tych prostych ludzi, kiedy widzieli siebie na ekranie... Jedyny pewnie raz w życiu byli bohaterami ekranu. Jacy oni byli dumni z tego! Dla ludzie to było ogromne przeżycie. Tak samo było wtedy z fotografowaniem. Pamiętam, jak mój starszy kolega jechał na traktorze i prosił: - Stefan, zrób mi zdjęcie!

 

- opowiada Stefan Doerffer.

Jego ojciec zbudował też w Klęce ciemnię fotograficzną. Nie dość, że sam robił zdjęcia, to jeszcze skonstruował "maszynerię" do ich wywoływania.

- Na taki bęben nakręcał w ciemności film, potem go wywoływał, płukał, utrwalał itd.

- wspomina Stefan Doerffer. Ojciec "zaraził" go swą pasją. Kiedy, jako jeden z pięciu najlepszych studentów Wydziału Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej, wyjechał w nagrodę do Leningradu, wymyślił, żeby sobie przy okazji kupić dobry sprzęt.

- Oczywiście, on był bez licencji, skopiowany z zachodniego. Przez pół roku chodziłem, codziennie, do sklepu fotograficznego i pytałem, czy jest ten wymarzony aparat. W końcu się udało. Ekspedientka sprzedała mi go "spod lady". Aparat działa do dziś...

- opowiada Stefan Doerffer. Kiedy na uniwersytecie w Glasgow, w Szkocji prezentował zdjęcia zrobione w Arktyce - tam pracowała jego najmłodsza siostra, wśród Innuitów - wszyscy pytali, jakim aparatem robił te zdjęcia.

- 20-letnią ruską kamerą!

- uśmiecha się.

Niedościgniony wzór

Kolejną pasją jego ojca stało się tworzenie drzewa genealogicznego rodziny, a także spisywanie kronik rodzinnych - dla przyszłych pokoleń. Pokaźny, pieczołowicie zebrany materiał, przekazał każdemu ze swego rodzeństwa oraz swoim dzieciom.

- Odszedł od nas do Pana Boga - jak mawiał - 29 lipca 2005 r., przeżywszy 94 lata. Ojciec pozostaje dla mnie jako niedościgniony wzór uczciwości, prawości, pracowitości, a ponadto najwspanialsza osoba, która ukształtowała moje życie. Dzięki niemu jestem inżynierem

- podkreśla dr inż. Stefan Doerffer.

- W Klęce przeżyłem 11 lat, od 2. roku życia. Był to okres kształtowania się mojej osobowości i charakteru. Tam rozbudziły się we mnie moje zamiłowania do inżynierii, majsterkowania, prowadzenia pojazdów mechanicznych czy fotografii. W tych wszystkich dziedzinach moim mistrzem był Ojciec, który wiele mnie nauczył, nie szczędząc mi czasu na rozmowy czy wspólne majsterkowanie.

ANNA KOPRAS-FIJOŁEK

+ 1 głosów: 1 (100%) 0 -
    dodaj zdjęcia Masz swoje autorskie zdjęcia? Dodaj je do naszego tekstu.
    Komentarze (2)

    Serwisy internetowe jarocinska.pl, zpleszewa.pl, rawicz24.pl, gostynska.pl, krotoszynska.pl nie ponoszą odpowiedzialności za treść komentarzy. Komentarze nie są moderowane. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane zgodnie z postanowieniami Regulaminu.

    dodaj komentarz› pokaż według najstarszych
    ~ ???
    3 miesiące temu ocena: 100%  2
    były inne komentarze, czemu gazeta je usunęła, czemu to miało służyć!?
    odpowiedz oceń komentarz
    wpisy tej osoby zgłoś do moderacji
    ~ Asaga
    3 miesiące temu ocena: 100%  1
    Piekna rodzinna historia.
    odpowiedz oceń komentarz
    wpisy tej osoby zgłoś do moderacji
    R E K L A M A